Strony

środa, 12 listopada 2014

129. About Asica ;)

Dziś kochani będzie zupełnie nie o nas... Nie o mnie, nie o Andy i o moim A.... Zaskoczenie co :)??
Dziś chciałabym Wam kogoś przedstawić :) Kogoś naprawdę zdolnego i z pasją... A takich ludzi właśnie chcemy i cenimy. A i wy lubicie poznawać młodych, zdolnych...
Osóbki tej nie trzeba promować, o nie :) Sama się wypromowała swoją pracą, dokładnością i wspaniałymi pomysłami.

Ja trafiłam przez przypadek na stronę Asi na FB... Ktoś z moich znajomych dodał jej stronę do obserwowanych a ja z ciekawości zajrzałam... I szczerze Wam powiem, że zakochałam się od pierwszego 'wejścia'.
Coż ta dziewczyna wyprawia ze wstążek :) Masakra hihihi
Jak się zakochałam to nie mogłam sobie odmówić posiadania czegoś wyjątkowego stworzonego przez jej zdolne paluszki ;)
Pierwsze zamówienie złożyłam przed świętami wielkanocnymi... Zachwyciły mnie jej wyjątkowe jajeczka :) Puściłam wodze fantazji i mieliśmy na stole dekorację jakiej nikt nie miał :) Trzy wyjątkowe jajuszka, jako że i nas była wtedy trójka :)

Jajo taty A.

Jajunio Andrei :)

Jajuszko mamy M.

Czyż nie są wspaniałe... ???

Tak więc jak teraz zbliżają się święta Bożego Narodzenia nie zastanawiałam się długo i znów Asica udekoruje nasz świąteczny stół :D
Tym razem bombka w kolorach które królują w naszym salonie... Więc nie tradycyjne czerwień i złoto, które kojarzą się z Bożym Narodzeniem lecz zieleń, szarości i biel :)

Bohaterka tegorocznych świąt :)

Ale żeby nie było, że tylko świąteczne klimaty rządzą u Asicy to pokaże wam coś jeszcze :)
Typowe, kobiece świecidełko :)
Temu też nie mogłam się oprzeć :)

Ta po lewej należy już do mnie i właśnie dziś ozdobiła mój nadgarstek po raz pierwszy ale nie ostatni :)

Przekonałam Was, że warto zajrzeć do Asicy :)???
Jeśli tak to znajdziecie ją tutaj... Ja już zastanawiam się nad kolejnym zamówieniem :)
I mam nadzieję, że będzie miała dużo więcej pracy teraz hihihi

Pozdrawiam i spokojnej nocy...
M.

poniedziałek, 10 listopada 2014

128. Jak jak nie nawidzę szpitali :(

Siedzę i czekam...
Moja kochana położna zasugerowała, że zrobią mi testy na ryzyko cukrzycy w ciąży... Bo przecież moje BMI było za wysokie :(
No fajnie, wszystko ok ale totalnie sie nudzę...

Samo badanie nie jest straszne...
Przyjechałam, weszłam do gabinetu i miłe zaskoczenie... Polska pielęgniarka ;) Od razu człowiekowi się milej robi na widok rodaka hihihi
Pani Kasia wytłumaczyła po co tu jestem i jak to badanie będzie wyglądało. Następnie bez rozczulania pobrała krew z palca, zbadała stan cukru we krwi i wpisala w swoje notatki...
Dała mi glukozę do picia i poprosiła się zgłosić za dwie godziny...

Tak więc siedzę na korytarzu i grzecznie czekam...

A. odesłałam do domu, bo po co mamy się nudzić oboje...

Rano nic nie jadłam i nie piłam, bo badanie robi się na czczo... Teraz tylko kazano mi pić dużo wody... Ale po kilku kubeczkach mam jej już dość...

Siedzę, rozglądam się wkoło... I chce mi się do domu :((( A tu jeszcze godzinka została...

***

Dlatego nie lubię szpitali :(((
Brrrrrr...

środa, 5 listopada 2014

127. Przedszkolaczek...

No i się zaczęło :)
Wiedziałam, że dzieciaki szybko rosną ale nie aż tak... Jak dla mnie to za szybko... Z każdym dniem powoli tracę swoją maleńką Andy a na jej miejsce wkrada się duża już całkiem samodzielna dziewczynka... zastanawiam się czy jestem na to gotowa? Chyba nie ale cóż mogę zrobić??? :(

Wyobraźcie sobie, że jeszcze przed wyjazdem na urlop wpadliśmy na pomysł, żeby zadbać o wczesną edukację naszej córki :) Wyda Wam się to dziwne, bo przecież ma dopiero 19 miesięcy i czas na naukę będzie. Ale uwierzcie mi, że w obcym kraju wszystko wygląda trochę inaczej.
Nasza córka ma niezły orzech do zgryzienia... W domu mówimy po polsku, i z tym językiem jest najbardziej obyta. Jednak wszyscy nasi znajomi to Brytyjczycy więc siłą rzeczy ten język też przewija się w jej otoczeniu. Wpadliśmy więc na pomysł żeby posłać ją do przedszkola. Żeby po przebywała z dziećmi to raz, a po dwa żeby załapała języka zanim pójdzie do szkoły (a to już za dwa lata).
Poszukaliśmy najbliższego przedszkola i złożyliśmy wniosek o miejsce dla Andrei... Zależało nam żeby zaczęła jak najszybciej, dwa razy w tygodniu po trzy godziny... Tak na początek... Po urlopie czekała już na nas wiadomość, że miejsce dla naszej Andy jest i mała może zacząć przedszkole kiedy tylko chcemy :) Super...
Cieszyłam się... Ale i obawiałam. W sumie to moja maleńka kruszynka, jak miałam się pogodzić z tym, że dorasta i już za chwilkę będzie bardziej samodzielna :( Ale niestety to samo życie...

Pierwszy raz poszłyśmy 22 października, na godzinkę zapoznać się ze wszystkim, zobaczyć salę, dzieci i panie :)
Spodziewałam się, że może się choć trochę zawstydzi, nie zechce sama pójść i się bawić... Ale gdzie tam, nie ona :) Jak tylko weszłyśmy to poleciała jak strzała i nawet na mnie nie spojrzała... Taka to moja dzielna dziewczynka :)
Tak było i w czwartek... Bawiła się i normalnie jakby mamy nie było...
A od poniedziałku zaczęło się normalne przedszkole :)
I wiecie co? Dostałam pochwałę, że mam wyjątkowe dziecko... Bawi się grzecznie, nie marudzi, zjada pięknie wszystko i oczywiście sama bez karmienia :) Normalnie dziecko ideał hihihi A w domu zupełna odwrotność hihihi

Duma mnie rozpiera... ale i trochę mi żal, że to już... tak szybko :(

Zdjęć w sumie nie mam żadnych, bo nie w głowie mi to było... Ale pokarzę Wam kochani jak wymęczona wróciła moja Andy po pierwszym dniu :)
Pierwsze co zrobiła to zdjęła kurteczkę, butki, zgarnęła kocyk z sofy, położyła się na dywanie w salonie i zasnęła :)


Czyż nie jest słodka :)

***

A na koniec tylko jeszcze pochwalę Wam się moją pierwszą w życiu dynią na Halloween :)
Wszędzie na blogach aż się roiło od postów halloweenowych a u mnie cisza :) Więc chociaż po mały akcencik :)


A teraz życzę wszystkim spokojnej nocy i kolorowych snów :) Biegnę przytulić się do mojej małej kruszynki, która już smacznie śpi od godzinki :)))
Dobranoc!!!

wtorek, 28 października 2014

126. Dzień 11... Fish House i ostatnie zakupy...

W tym poście pokażę wam super restaurację do której zabrał nas A. żeby uczcić moje nadchodzące urodziny.

Fish House... 
W samym centrum Hurgady, na Sakkali...
Jak dla mnie bardzo fajne wnętrze, choć spodziewałam się gorszego standartu :) Więc plus dla nich.
Obsługa bardzo miła, uśmiechnięta... Bardzo dobrze porozumiewają się w języku angielskim, rosyjskim i niemieckim...
Kolejnym plusem jest czas oczekiwania. Nie ukrywam, że nasza Andy nie lubi czekać, szybko jej się nudzi czekanie. Przekąski dostaliśmy zaraz po złożeniu zamówienia, a na danie główne czekaliśmy około 15-20 minut... W normie ;)
A teraz najważniejsze ;)
Jedzenie... Zamówiliśmy grillowane krewetki królewskie, rybę i ryż z owocami morza, no i dla Andy rybę z frytkami. Wszystko rewelacyjne, przepyszne... A krewetki?... Hmmm, nie jadłam lepszych... Najfajniejsze jest to, że ceny są bardzo niskie. W życiu nie zapłacilibyśmy tak mało w Polsce czy w Anglii za takie smakołyki... Za całość zapłaciliśmy LE300, czyli jakieś 140zł... Sami widzicie...
Tylko się stołować w Egipcie hihihi.













W sumie urodziny miałam trzy dni później ale akurat mieliśmy lot powrotny. Dlatego urodziny uczciliśmy 11 października ;) 
Dziękuję kochanie za wspaniały obiad i cudowny czas razem :× Kocham Cię...

125. Dzień 10 - Hurgada City Tour...

Zanim przejdę do tematu chcę się usprawiedliwić dlaczego piszę z opuźnieniem ;)
Otóż dlatego, że ostatnie dni w Hurgadzie zleciały nam na ciągłych wyjazdach... Poza tym internet był tak słaby, że ja z reguły cierpliwa i spokojna duszyczka wpadałam w złość. Więc lepiej było odłożyć to na odpowiednią chwilę niż tłuc telefonem o podłogę, ktory i tak niczemu winny nie był ;)
A teraz, jakieś dwa tygodnie po powrocie, w końcu ogarnięta mogę pisać dalej...
Tak więc już jestem...

Hurghada... Dzień 10...
Zaplanowaliśmy sobie wycieczkę po okolicy... Dostaliśmy to tak naprawdę w gratisie, w podziękowaniu za zakup innych wycieczek objazdowych w jednym z polskich biur miejscowych. Zdziwilibyście się ilu tu mieszka polaków ;) I jak nie zajmują się organizacją wycieczek, atrakcji dla turystów, to oferują kursy nurkowania...

Nasza wycieczka była fajna, bo mieliśmy baaaardzo małą grupę. Byliśmy tylko my z A. i Andy oraz dwie młode polki. Mieliśmy więc przewodnika tylko dla siebie hihihi
Szczerze powiem, że byłam pod wrażeniem miasta... Zmieniło się i to bardzo... To nie ta sama mała turystyczna miejscowość co cztery lata temu.
Naszą małą podróż zaczęliśmy od Hotelu Sheraton oraz od restauracji Felfela – była okazja do zrobienia zdjęć na tle panoramy Hurghady. Zwiedziliśmy największe uliczki, najbogatsze w sklepy i restauracje... Tętniące życiem...







Przewodnik pokazał nam również biedne dzielnice, gdzie żywcem zabijano kozy na ulicy i dzielono mięso :( Niestety to norma tam... Żal było patrzeć na dzieci, które biegły za samochodem z wyciągniętymi rękoma...
Zwiedzaliśmy Marinę... Polecam gorąco, to zupełnie inny świat w porównaniu z centrum starego miasta. Znajdziecie tam wiele zacienionych knajpek o europejskim standardzie... i cenach. Chociaż można trafić na jakieś happy hours. Wybór spory od pizzy, przez kanapki, po owoce morza i sushi. Warto zajrzeć...



Zahaczyliśmy o targ rybny... Tu to dopiero znajdziecie ryby ;) Jednak ktoś z delikatnym nosem nie wytrzyma tam długo hihihi






No i godne polecenia, jak dla mnie gwóźdź programu, zwiedzanie Meczetu. Jeden z największych choć nie najstarszych. Zawsze marzyłam by wejść do środka. I natrafiła się okazja. Jednak trzeba było wdziać odpowiedni strój, by zakryć ramiona, nogi i oczywiście głowę.









A na koniec atrakcją był jedyny kościół koptyjski :)





Jednym słowem dzień zaliczamy do udanych, nawet bardzo udanych :)
A więcej o Hurgadzie znajdziecie tu.