Strony

piątek, 25 grudnia 2015

203. Merry Christmas HO HO HO :)

***
 
Wszystkim wspaniałym blogowiczkom i blogowiczom życzę wspaniałych, rodzinnych i spokojnych świąt... Nabrania dystansu do spraw, złapania oddechu i naładowania akumulatorków na przyszły rok :)


Merry Chrostmas everyone :)

***

piątek, 11 grudnia 2015

202. Nowe życie moich ulubieńców...

Gdzie nie zajrzę widać święta... Sklepy kuszą asortymentem, domowe okna gdzieniegdzie przystrojone, a na blogu pełno świątecznych DIY :) Faktycznie to już tylko dwa tygodnie zostało...
Ale u mnie do świąt jeszcze daleko... Prawdopodobnie przy najbliższych dniach wolnych zabiorę się za dekoracje :)

A dziś o moich ulubieńcach...
Przesadzanie orchidei...
Kto ma te kwiaty wie, że są bardzo delikatne i ciężko cokolwiek z nimi zrobić. Ale jak poczują klimat to rosną jak szalone :) Tak właśnie było u mnie. Pierwszą orchideę mam niemalże od pierwszego dnia. Jakoś zaraz po przyjeździe dostałam od A. Potem doszły kolejne. Kwitły przepięknie, cały czas... Aż do niedawna :(
Nie wiem, może za długo były nieprzesadzone... Fakt, że przestały mi kwitnąć, zaczęły wręcz marnieć w oczach. Postanowiłam więc poczytać trochę tu i trochę tutaj :)
No i wczoraj zabrałam się za przesadzanie.
Tak jak wszędzie czytałam najpierw wyciągnęłam kwiat z doniczki, oczyściłam korzenie i przycięłam stare, suche bądź zgniłe kłącza. Sami zobaczcie ile się tego nazbierało.


A tu już nowe podłoże... 
Tym razem kupiłam podłoże z kokosa, ponoć jest dobre. Sprawdzimy.


Tak wygląda już po dolaniu wody...
Dosłownie jakbym zdarła wierzchnią warstwę kokosa hihihi


Kolejny etap to zasadzanie.
Do świeżej doniczki nasypałam odrobinę podłoża, następnie wsadziłam kwiat i dosypałam resztą.
Tak wygląda po wszystkim.


Ładnie i świeżo...


Teraz należy odczekać parę dni do kolejnego podlewania. A z odżywką trzeba poczekać kolejnych parę tygodni :)


Z ośmiu kwiatów aż pięć poddałam zabiegowi przesadzania :)
Trzymajcie kciuki...

piątek, 4 grudnia 2015

201. Kalendarz Adwentowy 2015

Kolejny raz jestem spóźniona z postem hihihi
Adwent już się zaczął a ja dopiero spieszę pokazać wam nasz tegoroczny Kalendarz Adwentowy :) Ale lepiej późno niż za późno :))) No i co najważniejsze taaaka jestem z niego dumna jak nigdy. 

W tym roku skopiowałam zeszłoroczny pomysł Madelinki - Przeplatane kolorami... Pomysł z książeczkami tak mnie zainteresował, że nawet przyznam szczerze nie szukałam innych inspiracji. Słodyczy już nie chciałam a książeczki uczą :) Więc jak dla mnie to był strzał w dziesiątkę :)
Zaopatrzyłam się w 24 różnej wielkości, treści i przeznaczenia książeczki i zaczęłam działać. I tuż przed północą 1 grudnia nasz Kalendarz Adwentowy zawisł na poręczy schodów :)

Najwięcej czasu zajęła mi praca nad plakietkami z numerkami.
 Każdy numerek napisałam na dwa różne sposoby, słownie i cyfrą, tak żeby Andy oswajała się z cyferkami. Wydrukowałam, wycięłam w elipsy i nakleiłam na kartonik. Potem porobiłam dziurki i przewiązałam jutowym sznurkiem.
Przyznam, że wyszły fajnie. A co lepsze, będę je mogła ponownie wykorzystać :)))


Kolejny krok to pakowanie książeczek.


No i na koniec całość.
Zdjęcie nie odzwierciedla może całości uroku ale uwierzcie, że wygląda pięknie. Książeczki zajmują dość sporo miejsca więc nie było innej opcji umiejscowienia naszego Kalendarza :)
Teraz jak tak patrzę z boku to wiem, że jest to idealne miejsce.
A wy co sądzicie???



***


Żegnamy was z Andy śpiewająco :)
Miłego i słonecznego weekendu... No i oczywiście udanych Mikołajek... Oby Mikołaj o nikim nie zapomniał ;)


piątek, 13 listopada 2015

200. Dylematy pracujacej matki...

Niedawno dostałam maila od wspaniałej kobietki, która stwierdziła, że mało mnie tu teraz. Nie piszę, nie zaglądam do Was, nie komentuję wpisów. Z żalem stwierdzam, że ma rację :(
Niestety brak czasu dopadł i mnie. Zarzekałam się że jak wrócę do pracy to nic się nie zmieni, że będę potrafiła pogodzić wszystko. Jednak niestety po prawie dwóch miesiącach otwarcie przyznaję, że nie daję rady. Praca, dom, dziewczynki, blog i wiele innych rzeczy - to trochę za dużo. Nie oznacza to jednak, że muszę z czegoś zrezygnować :) Co to to nie hihihi... Postanowiłam wszystko przeanalizować i zrobić konkretny plan :)


Wiadomo - dom, mąż i dziewczynki - stawiam na pierwszym miejscu. Co do tego nie ma wątpliwości. Dziewczynki rosną i ja chcę widzieć jak się zmieniają. Jak nabywają nowych umiejętności, jak psocą (co jest bardzo częste - zwłaszcza Andy), jak się śmieją, no dosłownie wszystko, wszystko. Wyobrażacie sobie, że moja Amelka już zaczyna stawiać pierwsze kroczki??? Zaczyna się już też inaczej bawić, inne rzeczy ją interesują. Jak mogłabym to przegapić??? Never.
A Andy... To moja mała strojnisia. Wiecie co ona za zabawę wymyśliła...?? Wyciąga wszystkie sukienki i robi przymiarki. No nie mogę, jak to widziałam pierwszy raz to myślałam, że siwizny dostanę... Po paru dniach już się przyzwyczaiła. I na nic się zdało błaganie, proszenie, przekupywanie kinder niespodziankami... Yyyyy tak się uparła, że średnio dwa trzy razy na dzień składam na nowo te jej fatałaszki hihihi Nawet dziś nie odpuściła :) Mała strojnisia mi rośnie i już...


Kolejne ulubione zajęcie Andy to ciastolina :) Kto zna ten wie co to za zmora :)))
Wszystko ulepione... Dywan, podłogi, ściany i cała reszta w koło. Ale nie powiem, wychodzą też i fajne stworki z tej ciastolinowej zmory...
Tu Andy z Olafem (z 'Frozen'), piękny prawda :)))


***

Praca to drugi punkt. Bardzo ważny, bo bez niej to chyba ciężko by było :) No chyba, że pieniążki spadałyby z nieba, co raczej nie jest realne. A jeść trzeba, rachunki płacić też więc siłą rzeczy pracować też.
No i dopiero jak starcza mi czasu, bądź uda mi się nie usnąć przed 21.00 to zasiadam do szydełka :) Już nie raz pisałam, że tyle mam chęci. To bym zrobiła, tamto wyszydełkowała... Ale kiedy pytam się? Kocyk dla mojej siostrzenicy robi się już 3,5 miesiąca, a o białym dużym obrusie to już nie wspomnę, bo wstyd :( Ale cóż poradzić...
Nawet na wymiankę z Anią z, Płonących Motyli, nie mam czasu... Odwlekałam jak się dało, w końcu stwierdziłam, że jak będę wolniejsza to się sama do niej odezwę... Nie chciałam zawalić terminu :) I okazało się, że Ania to cudowna osóbka i do tego bardzo cierpliwa i wyrozumiała :)


Teraz też piszę, bo dziewczynki już śpią a A. w pracy :) Inaczej się po prostu nie da hihihi
Znacie już prawdę więc wybaczcie mi jak kogoś nie odwiedzę na blogu od razu :) Staram się jednak wszystko nadrabiać i prędzej czy później zostawię po sobie ślad :)

***

Pomarudziłam trochę, a przecież nie ja pierwsza i nie ostatnia narzekam na brak czasu :)
Ale czy ja sobie pomarudzić nie mogę :)???
Mężowi właśnie nie za bardzo mogę, to choć tu ponarzekam :) I od razu człowiek lepiej się czuje i aż gęba sama się śmieje.

Na koniec muszę Wam się pochwalić jaki wspaniały prezent moja Amelka dostała dziś od chrzestnej :) Cudowna niespodzianka... Dziękujemy Olu gdyby kiedyś okazało się, że jakimś cudem nas tu znalazłaś i to czytasz :)



A teraz życzę spokojnej nocy i dobranoc :***

środa, 28 października 2015

199. Ósmy miesiąc z Amelką...

Bycie mamą jest wspaniałe. I przekonuję się o tym każdego dnia.
Tylko czemu ten czas tak szybko leci... Dzień za dniem i za nami już osiem miesięcy życia we czworo :) Najwspanialszych miesięcy, tygodni, dni...


Wydawałoby się, że skoro przed Amelką byłam już mamą, to powinnam wiedzieć wszystko i być przygotowana na wszystko... Nic mylnego :) Wierzcie mi, że przeżywam macierzyństwo z Amelką każdego dnia jakby to było pierwszy raz :) Każdy dzień jest błogosławieństwem... 
Czasu brakuje na to by chwalić się każdą chwilą... Za dużo zajęć i obowiązków. Ale wszystko jest w głowie, tam wspomnienia są bezpieczne :)


Przeżyliśmy kolki i nocne wstawanie co 3-4 godziny :) Leżenie na brzuszku, leżenie na pleckach i zabawy stopkami :) Samodzielne siadanie... Przeżywamy ząbkowanie, co nie jest łatwe. Tym bardziej, że z Andreą wcale tego nie odczuliśmy :) Na szczęście ślinienie mamy już za sobą hihihi
Teraz przyszła kolej na samodzielne wstawanie i stawianie pierwszych kroczków :)

Mela ma teraz dokładnie 8 miesięcy i 3 tygodnie... I w żaden sposób nie można jej zatrzymać :) W domu mamy armagedon :) A do tego Andrea pokazuje Meli wszelkie niedozwolone miejsca hihihi
Mówię Wam, siwizna murowana :)))


Zaczęliśmy też naukę siusiania na nocniczek...
Wstyd się przyznać, ale Andrea mając 2,7miesięcy nadal jeszcze nosi pieluszki :( Tym razem nie popełnię błędu, dlatego z Amelką nocnikowanie zaczęliśmy tak wcześnie :)


Tyle już przeżyliśmy a wydaje się jakby to było wczoraj... Jakbym wczoraj pierwszy raz wzięła Amelkę na ręce... Nawet teraz czuję zapach mojego małego bobaska. 
Ale to już nie małe bobo :) To już prawie dziewięciomiesięczna dziewczynka... Coraz bardziej samodzielna.





Całe moje szczęście <3
Z niecierpliwością czekam na to co przyniesie nam każdy kolejny dzień :)


Wy sobie czytajcie, patrzcie a ja idę tulić się do swoich dziewczynek :)
Hihihi zdecydowanie tę część macierzyństwa uwielbiam najbardziej :)))